Dla desperatów:
Smallville, dzień jak każdy inny. Czyste niebo, przyjemna temperatura powietrza, kilka niewyjaśnionych morderstw i kukurydza spokojnie szeleszcząca na wietrze. Nic więc nie wskazywało na to, że zdarzy się coś dziwnego.
Jednak w pewnym momencie coś nadciągało nad miasteczko, coś mrocznego i ogromnego. Z początku nikt tego nie zauważył, jednak z biegiem czasu już każdy wiedział co to i zaczęli gromadzić się w domach oraz kawiarniach. Jedną z nich był Talon, miejsce które wielu dawało nadzieję na lepsze jutro oraz trochę ciepła.
I właśnie w jego stronę skierowały się dwie tajemnicze osoby przemykające w ciszy pomiędzy ciemnymi alejkami. Gdy wyszły naprzeciw Talonu przystanęły na chwilę. Jedna z nich rozejrzała się niespokojnie i po chwili przemówiła po raz pierwszy od dłuższego czasu:
- Niepokoi mnie to co nadciągnęło nad Smallville, bardzo niepokoi.
- Nie przesadzasz? Wiem, że całe niebo ściemniało, ale przecież to tylko zwykłe chmury deszczowe.
- Jimmy, nie po to wydałam tyle pieniędzy na fryzjera by mi się teraz przez jakiś głupi deszcz całe uczesanie rozwaliło i ma mnie to prawo niepokoić!
- Więc chodźmy już do środka, bo jeszcze nas tu przemoczy. Chociaż w takiej mokrej bluzeczce byś wyglądała całkiem…
- Świnia!
Tymczasem w środku Lana Lang przyjmowała kolejne zamówienia.
- Daj mi małą kawę, ale z dużą ilością śmietanki, bo nie lubię czarnych.
- Pete, a kto ich lubi?
- Że co?!
- Mówię, że mało kto lubi mocną kawę. Już podaję.
Jednak nie dane jej było dojść do bufetu, gdyż dokładnie w tym samym czasie do środka pomieszczenia wpadł silny podmuch wiatru niosąc z sobą jakiś dziwny chłód, pierwsze krople deszczu oraz Chloe z Jimmim. Szczególnie to ostatnie było dla Lany dość przykre i wynikało z faktu, iż była winna Chloe pewną bliżej nie określoną sumę pieniędzy i dwie książki, w tym jedną ze szkolnej biblioteki, które omyłkowo spłonęły w czasie ostatniego grilla jako podpałka.
Okazało się, że obawy nie były bezpodstawne, gdyż przy szczególnym poszanowaniu kurtuazji rozmowa jednak zdawała się zmierzać w niebezpieczne rejony:
- Gdzie moja kasa?! Gdzie moje książki?! Jakie miasto jest stolicą Zimbabwe?!
- A co to? Miliard w rozumie?
- Skoro już z Lexa wyciągasz kasę, to możesz mi w końcu oddać co moje.
- Moje uczucia do niego są czyste i nie mają nic wspólnego z pieniędzmi! Jak śmiesz mi to zarzucać?!
- Bądźmy szczere, to że zarabia dziewięć milionów miesięcznie nie jest bez znaczenia…
- Dziewięć? Jak mu wyznawałam miłość, to myślałam, że osiem… Ale nie myśl, że dodatkowy milion zmieni moje uczucia, bo ciągle go kocham!
I pewnie taka rozmowa by jeszcze trwała gdyby nagle gdzieś z tła nie przebił się po wielu próbach zapomniany już Pete.
- Hej! A co z moją kawą?!
Co prawda zaraz tego pożałował i nauczył się by nie wcinać się między dwie rozgniewane damy gdyż obok nieprzyjemnego spojrzenia można otrzymać odcisk dłoni z obu stron twarzy, ale dzięki temu akcja mogła ruszyć dalej…
Tu też Chloe się zorientowała, że przecież to przecież stary dobry Pete.
- Ach, to Ty! Chyba się nie widzieliśmy w tym tygodniu?
- Eee… Właściwie to trzy lata i jeszcze trochę…
- Faktycznie, jakoś miło ten okres minął. Co właściwie tu robisz?
- Czekam na moją kawę – powiedział głosem na tyle donośnym by usłyszała go również Lana.
- Hmm… Wiesz co, Pete? Zadzwonię po Clarka, żeby tu wpadł. W końcu stara miłość nie rdzewieje, nie?!
Po czym od razu oddaliła się w ustronne miejsce jednocześnie wyciągając telefon i ciesząc się udanym pomysłem na spławienie tego karakana. Postawiło to w nieciekawej sytuacji Jimmy’ego, który już od pewnego czasu niepewnie przestępował z nogi na nogę i teraz stał ciągle przy drzwiach ostrożnie się rozglądając. Na szczęście jego sytuację zauważyła Lana i uratowała od tej niezręcznej sytuacji:
- Jimmy, przestań tak się kiwać. Idź załatwić co masz do załatwienia i wróć. Męski kibelek to drugie drzwi po lewo w głębi korytarza.
- Dziękuję…
W międzyczasie przy stoliku obok można było usłyszeć ciche narzekania Pete’a:
- Ale ja tylko chciałem kawę…
Co prawda zanosiło się na to, że o kawie może zapomnieć, ale za to na zapleczu Chloe przy pomocy telefonu już sprowadzała na miejsce miejscowego bohatera, najsilniejszego z silnych, najszybszego z szybkich, wioskowego głupka, Clarka Kenta.
- Cześć Clark, tu Chloe. Możesz wpaść do Talonu?
- Oszalałaś?! Widziałaś jakie chmury są?! U mnie już pada! Nie ma mowy, nigdzie się nie ruszam! A poza tym nie chce mi się, właśnie kończę ściągać kinówkę nowych Piratów z Karaibów i mam ciekawsze zajęcia niż siedzenie w jakiejś zapyziałej kawiarence. No i za pół godziny ma jeszcze spaść grad…
- O, masz nową moc?
- Taa… Moc oglądania prognozy pogody… Polecam ją nabyć, byś wiedziała żeby się nie szwędać po mieście w złe dni.
- Ej no, nie bądź taki, przyjechał Pete!
- Nie znam takiego zespołu, nie lubię go i w ogóle mnie nie interesuje.
- To nie zespół, to Twój przyjaciel głupku!
Tu nastąpiła dłuższa chwila ciszy w czasie której Chloe na poważnie zaczęła się obawiać o powodzenie swego genialnego planu, jednak w końcu Clark się odezwał:
- Aaa… Ten Pete… A po co miałbym się z nim spotykać? Kiedyś był fajny, ale przedszkole już dawno za nami… Poza tym to taki zwykły człowiek, nie ma w nim nic ciekawego…
- Czyli uważasz, że jesteś lepszy niż zwykli ludzie?!
- Ja tak wcale nie twierdzę! No… ale czy potrafią oni podpalać rzeczy samym wzrokiem albo podnosić ogromne ciężary? Potrafią? Hę? ...potrafią?
- Wiesz co? Gdyby nie to, że masz supertwardą skórę, to byś dostał za to z liścia, Ty mały rasisto! – tu nagle wpadła na kolejny rewelacyjny pomysł – Za to nie powiem Ci, że znów przyjechała Lana i że za Tobą tęskni! – pomysł lekko podszywany kłamstwem, ale musiał być skuteczny.
- La.. Lana? Nie wiem o czym mówisz. Na pewno dla niej się nie ruszę! Eee… Chloe? Dobrze mi będzie dziś w czerwonej koszuli?
- A masz inne?
- W sumie, to nie.
- Więc będzie dobrze jak zawsze, przychodź – po tych słowach się rozłączyła zacierając ręce z zadowolenia. Kłamstewko tu, półprawda tam, zdecydowanie stawała się coraz lepszą dziennikarką.
Zanim wróciła do głównej sali, to młody Kent już tam był – lekko przemoknięty, ubrany w to co zawsze, więc roztaczał dość specyficzny zapach i do tego miał przyklejony do twarzy lekko perwersyjny uśmieszek. I od wejścia skierował się bezpośrednio w stronę bufetu gdzie Lana starała się wyciągnąć swojego tipsa z sałatki przygotowanej dla jednego z gości. Gdy tylko do niej się zbliżył od razu przeszedł do rzeczy:
- Hej, Lana! Mam mały interes!
- Wiem, widziałam. Nie musisz o tym rozpowiadać przy wszystkich klientach.
- Eee… Ja nie o tym…
- No to już, raz, raz, o co chodzi? Widzisz, że jestem zajęta.
- No… Ja chciałbym… Będziesz ze mną chodzić?
- Pewnie… Żebyś znów mnie zostawił dla innej i w końcu o mnie zapomniał?
- Kochanie, jak możesz tak mówić? Będę pisał co dwa tygodnie.
- Nie mów do mnie „kochanie”, bo spuszczę na Ciebie Lexa i się skończy.
- A co on ma czego ja nie mam? – spytał nasz bohater już lekko łamiącym się głosem.
- Władzę, pieniądze, klasę, pieniądze, interesujących znajomych, pieniądze, szykowny wygląd, pieniądze i… i… i ma pieniądze…
- Ale ja też mam pieniądze! – po czym szybko przeglądając kieszenie wyciągnął trzy dolary oraz siedemdziesiąt jeden centów – Widzisz?!
W tym momencie do pary podeszła Chloe z ciekawością przyglądając się zawartości wyciągniętej dłoni Clarka. Po podliczeniu jej zawartości na ustach dziewczyny pojawił się litościwy uśmieszek, jednak postanowiła mu pomóc, w końcu sama go w to wplątała.
- Clarki, Clarki, Clarki… Za tyle nie kupisz u Lany herbaty, a chcesz kupić całą ją? Mam lepszy pomysł: zajmij się Lois.
- Lois?
- No Lois. Wiesz, moja kuzynka.
- Twoja kuzynka?
- Działasz w trybie echo? A może nie rozumieć po angielski? No moja kuzynka! Wysoka, farbowana blondyna, ma czym oddychać!
- Aaa… Ta Lois… - przypomniał sobie Clark z uczuciem błogiej radości na twarzy. Jednak zaraz się zreflektował, że nie jest tak pięknie – Ale ja przecież kocham Lanę.. A poza tym Lois mnie na pewno nie chce i przysięgła przestrzegać celibatu…
- Po pierwsze, nie kochasz Lany, tylko od tego ciągłego podglądania jej przez teleskop jak przebiera się w sypialni, trochę Ci zaszumiało w hormonach. Gdyby nie to, że pozostałych oknach jakie widzisz ze swojej szopy albo nikt się nie przebiera, albo faceci, to byś tak za Laną nie biegał.
- Hej! – przerwała zbulwersowana Lana.
- Nie przerywaj, bo wiesz, że to prawda i specjalnie zapominałaś zasunąć żaluzje. Sama mi to wyznałaś. A teraz szukaj tipsów dalej, bo mam do pogadania z Clarkiem: Po drugie, Lois jest mocno dziwna i jej się podobasz, prócz sportowców lubi nieudaczników, bo są słodcy.
- Nieudaczników?
- Przestań w końcu po mnie powtarzać! Po trzecie i ostatnie, Lois nie przysięgła przestrzegać celibatu, tylko przestrzegać przed celibatem.
- To chyba niepotrzebnie dziś ją wyrzuciłem z domu?
- Co zrobiłeś?! Ty głupku! Leć za nią!
- Kal El potrafi latać, ja nie…
- Wiesz co? Ty lepiej idź sobie porozmawiać z tym całym Pete’em, bo ja nie mam już do Ciebie siły. – i Clark odszedł - Tylko dziękuję komuś kto nade mną czuwa, że trafiłam na Jimme’ego… A właśnie, Lana gdzie on jest?
- Poszedł do łazienki, ale już od kilkunastu minut go nie ma.
- Hmm… Coś mi tu śmierdzi…
- Właśnie dlatego poszedł do łazienki. Oby się zorientował, że oszczędzamy na papierze i miał coś przy sobie co go zastąpi.
Tym czasem przy stoliku Pete’a:
- Cześć Pete.
- Cześć Clark.
- Co tam u Ciebie.
- Dobrze. A u Ciebie.
- Też dobrze.
- To dobrze.
- No.
Po tak rozwiniętym dialogu nic dziwnego, że skończyły się tematy do rozmowy. Jednak po paru minutach niezręcznej ciszy w końcu Pete znalazł motyw przewodni dalszej dyskusji:
- Beznadziejna pogoda, nie?
- No… A co właściwie tu robisz?
- Czekam na kawę. Słyszysz mnie Lano Lang?! Czekam na kawę, już cholerne pół godziny na jedną małą kawę!
Jako wrażliwa istota Lana od zareagowała ze swoją całą empatią:
- Nie ma kawy, właśnie sobie zaparzyłam ostatnią. Przyjdź kiedy indziej.
- Teraz właśnie sobie przypomniałem dlaczego wyjechałem z tego miasteczka… Wracam do siebie, do niezobaczenia wszystkim – i wyszedł.
To pociągnęło za sobą całą falę wydarzeń: Clark w końcu wykombinował, że zamiast lecieć może wyjść, więc może udać się pieszo na poszukiwanie Lois; Chloe w końcu doczekała się na Jimme’ego i postanowiła szybko zakupić jakiś odświeżacz powietrza w pobliskim markecie; a Lana… Lana w końcu znalazła swojego tipsa, co było jej wielkim triumfem, gdyż nie tylko znów będzie naturalnie piękna, ale i klient dostanie sałatkę; Lois była już w ramionach innego, niejakiego Olivera; Lex wprowadzał w życie złowieszczy plan wprowadzenia na rynek najnowszej wersji Pokemonów; w puszczy amazońskiej wybuchły dwa pożary, jednak oficjalnie nie miały one związku z wydarzeniami jakie rozegrały się tego dnia w Smallville, aczkolwiek do prasy przedostały się porażające przecieki, że mogło być inaczej, a za wszystkim stoi TW Martha K.
Tak czy inaczej kolejny dzień zbliżał się ku końcowi. Chmury się rozwiały, ukazując blask gwiazd hen, tam daleko w kosmosie, a na niebie rozpostarła się tęcza. Przynajmniej by to zrobiła gdyby był ładny słoneczny ranek a nie późny wieczór. Zapanował więc błogi spokój i nie zakłócił go nawet kolejny deszcz meteorytów oraz atak zabójczych pomidorów z kosmosu. Co prawda dwie trzecie populacji miasteczka wyparowała z powierzchni Ziemi, a 90% budynków zostało zniszczonych, jednak ten drobny incydent nie znalazł większego echa w społeczeństwie. W końcu i dwa dni później wszystko wyglądało tak samo. Zupełnie jak w filmie…